Wywiad z Anną Zdrojewską, założycielką Mamanii, w "Gazecie Wyborczej"
Trudy Matki Polki
Od becikowego skuteczniejsza byłaby możliwość zabierania dzieci do pracy. W Skandynawii rodzi się więcej dzieci bo ogólnie się je lubi i widać je w przestrzeni publicznej - mówi kulturoznawczyni Anna Zdrojewska
Rozmowa z Anną Zdrojewską, kulturoznawczynią
Dorota Frontczak: Kobieta zachodzi w pierwszą ciążę. Wszyscy się cieszą, są dla niej mili, ustępują miejsca. Ale gdy rodzi, nagle każdy ją krytykuje.
Anna Zdrojewska: Młoda matka musi się zmierzyć z różnymi modelami macierzyństwa, które są "wymuszane" na niej przez środowisko. Przede wszystkim z wyborem, czy zostać w domu, czy wrócić szybko do pracy. Choć realnie na ten dylemat stać tylko najbogatszych. Kobiety w małych miejscowościach zwykle nie pójdą do pracy, bo jej nie ma. A w miastach wrócą do niej, by łatać domowy budżet.
Skąd się bierze to napięcie?
- Dzisiaj dużo się mówi o tzw. rodzicielstwie bliskości, które podkreśla stałą obecność opiekuna. Nurt ten zainicjowała Jean Liedlof, która w latach 70. mieszkała wśród Indian z plemienia Ye'kuana. Zaobserwowała, że małe dzieci są tam cały czas z opiekunem. W ciągu dnia są noszone na rękach, w nocy śpią z rodzicami. I trwa to dotąd, aż same zdecydują się na większą autonomię. Te dzieci prawie wcale nie płaczą.
Dziś wielu rodziców chce przeszczepić ten model do naszych warunków, stąd np. moda na noszenie dzieci w chustach. W rodzicielstwie bliskości ważne jest jednak to, by dziecko było z opiekunem w normalnych sytuacjach - podczas pracy, wśród ludzi. Sytuacja, w której mama jest z dzieckiem sam na sam w domu, nie jest naturalna.
Brakuje "plemienia" wkoło?
- Brakuje ludzi, relacji między nimi, ale też czynności, które dziecko mogłoby obserwować. Matka koncentruje się na dziecku - mówi do niego, bawi się z nim, zamiast pozwolić mu obserwować jej normalne życie.
Ideałem byłoby branie ze sobą dziecka do pracy?
- W Polsce to szczególnie trudne, bo mamy silne wyobrażenie o tym, gdzie powinno być dziecko. Rzekomo wśród rówieśników...
Rzekomo?
- Dziecko powinno być wśród zróżnicowanej grupy ludzi, szczególnie małe. Ale my je separujemy - dzieci bawią się z dziećmi, a dorosły ma się realizować wśród dorosłych. Dlatego tak krytykowani są rodzice, którzy zabierają małe dzieci na dalekie wyprawy czy nawet do restauracji.
Mam wrażenie, że żeby być dziś rodzicem, trzeba być przynajmniej po pedagogice. Nasze prababcie miały dzieci ot, tak po prostu...
- Prababcie to słaby punkt odniesienia - u mnie jedna była robotnicą, a druga szlachcianką i każda realizowała inny model wychowawczy. Ludzie, odkąd tworzą kulturę, nie są rodzicami "tak po prostu".
Weźmy biologiczny mechanizm karmienia piersią - właściwie we wszystkich kulturach tradycyjnych karmi się dziecko na żądanie, ale różnie w różnych plemionach - raz jest to karmienie z przytulaniem, innym razem w niewygodnej dla dziecka pozycji, żeby szybko skończyło jeść.
Z czego wynikają te rozbieżności?
- Przywołałam tu klasyczny przykład dwóch kultur tradycyjnych z Melanezji badanych przez Margaret Mead. Długie karmienie z przytulaniem występowało u Arapeshów - ludu pokojowego, kooperatywnego. Drugi przykład u wojowniczego plemienia Mundugumorów.
Kultury nastawione na walkę praktykują "zimny chów"?
- Badacze próbowali powiązać te kwestie - choćby Alice Miller, której prace odegrały dużą rolę w psychoterapii. Twierdziła ona, że łatwość, z jaką Niemcy przyjęli nazizm, związana była z wychowaniem w nurcie pruskiej czarnej pedagogiki. Trudno jednak powiedzieć, co z czego wynika. Na pewno w kulturach nastawionych na współpracę częściej występuje wymienność ról między płciami i różnymi członkami społeczności, a relacje rodzinne są cieplejsze.
pełny tekst wywiadu można znaleźć tu http://wyborcza.pl/rodzicpoludzku/1,114118,10864350,Trudy_Matki_Polki.html
źródło: Gazeta Wyborczal, Dorota Frontczak, zdj. Anna Bedyńska



