Mamania on Facebook

« powrót

Wywiad z Evelin Kirkilionis w "Polityce"

O niezwykłych relacjach dorosłych i dzieci

 

"Jesteśmy noszeniakami"

Rozmowa z dr Evelin Kirkilionis, etolożką, autorką książki "Więź daje siłę" o tym, czego naprawdę potrzebują niemowlęta.

 

 

Martyna Bunda: – Irytuje się pani słysząc, że branie niemowlęcia na ręce to hodowanie sobie małego tyrana?
Evelin Kirkilionis: – Irytuję się. A niestety jest to pogląd wciąż powszechny. Ale jeszcze bardziej dziwię się, jak to możliwe, że tak wielką woltę kulturową wykonaliśmy w ciągu jednego pokolenia. Tak daleko odeszliśmy od zapisanych w naszych genach instrukcji postępowania właściwych dla gatunku.

 

A jakie to instrukcje?
Genetycznie rzecz biorąc, ludzkie dziecko należy do noszeniaków. Od małp począwszy, dla nich wszystkich dotyk, bezpośrednia bliskość jest potrzebą podstawową, tej samej rangi co jedzenie. Dziecko pozostawione samo odczuwa to jako zagrożenie życia, co ma ogromne konsekwencje dla jego rozwoju. Z perspektywy naukowej pomysł, że niemowlę noszeniaka można rozpieścić noszeniem, okazuje się absurdalny.

 

Dorosły myśli zwykle, że stwarza dziecku lepsze warunki do odpoczynku, stawiając mu łóżeczko w spokojnym, oddalonym miejscu.
Więc popełnia błąd, przykładając do niemowlęcia swoją dorosłą miarę. Niemowlę przychodzi na świat z programem stworzonym dla swojego gatunku więcej niż 4 czy 5 mln lat temu – bo tyle czasu upłynęło, odkąd przestaliśmy być koczownikami i zmieniliśmy tryb życia. Kilka milionów lat to jednak za mało, aby w naszych zapisach genetycznych mogły się dokonać jakieś większe zmiany. Genetycznie wciąż jesteśmy tamtymi koczownikami, a pozostawione w osobnym miejscu dziecko musi zawalczyć krzykiem, by ktoś zabrał je ze sobą, tak jakby walczyło o życie.

Oczywiście nie znaczy to, że dwójka rodziców ma nosić swoje dziecko przez 24 godziny na dobę. Jeśli trzymając je na rękach czują się nieswojo albo wręcz walczą z bólem fizycznym, to takie noszenie przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego. Wówczas lepiej będzie, jeśli poprzestaną na intensywnych zabawach z przytulaniem czy nawet na regularnym masażu dziecka, dając mu oprócz tego jakiś substytut noszenia, choćby kołyskę. No i będą oczywiście reagować na jego potrzeby.

 

Dlaczego akurat dotyk ma takie znaczenie?
Pomaga dziecku i opiekunowi lepiej wzajemnie dostroić się do siebie. Natura tak to wymyśliła, że w następstwie wzajemnego dotykania się do mózgu dziecka i rodzica uwalniają się bardzo ważne hormony. Co więcej, dziecko rodzi się wyposażone we wszystkie neurony, którymi będzie dysponować całe życie, ale to właśnie dotyk stoi za wytwarzaniem się połączeń między tymi neuronami. To liczba połączeń, a nie liczba neuronów, jest kluczowa z perspektywy inteligencji.

 

Zwolennicy nierozpieszczania mówią jednak, że oferują dziecku trening do samodzielności, w przeciwieństwie do słynnego bezstresowego wychowywania rozwydrzonych potworów.
Tak zwane bezstresowe wychowanie zwykle oznacza tyle, że dorosły się dzieckiem nie interesuje. A to zupełnie co innego niż miłość i opieka rodzicielska, które polegają między innymi na konsekwentnym pokazywaniu granic. Co więcej, proszę zwrócić uwagę, że nawet słynne poradniki o tym, jak nie wychować małego tyrana, odnoszą się do dzieci starszych – kilkuletnich. Pomysł, aby wychowywać tą samą metodą dziecko kilkumiesięczne, jest z piekła rodem.

Dziecko pozostawiane, żeby się wypłakało, nie tyle uczy się samo sobie radzić, ile uczy się, że nie ma sensu płakać – a to jest duża różnica. Badania nie potwierdzają też tezy, że zimny chów sprzyja samodzielności – wręcz przeciwnie. Zimny chów w praktyce sprowadza się za to do ogromnych ilości kortyzolu, jakie uwalniają się w mózgu noszeniaka z niezaspokojoną potrzebą bliskości. Hormon ten działa niszcząco na połączenia neuronalne. Dziecku, które nie jest przytulane, trudniej jest nawiązać z opiekunem więź prawidłowego typu, a to z kolei rzutuje na wszystkie inne więzi, które nawiąże potem w życiu – na to, jak będzie w przyszłości obchodziło się z ryzykiem, radziło sobie ze stresem. I czy nie będzie koncentrować się na swoim lęku zamiast na zadaniu. Badaniem tych zależności zajmuje się cała gałąź psychologii rozwojowej.

 

Skąd wiadomo, że samodzielność dzieci chowanych na zimno jest pozorna?
Wyłapano to między innymi w badaniach z Baltimore. Poproszono rodziców rocznych dzieci, żeby przyprowadzili je do pokoju zabaw i po jakimś czasie na chwilę wyszli. Niektóre dzieci jakby w ogóle nie zauważyły, że rodzic opuścił pomieszczenie. Bawiły się dalej, wydając się badaczom szczególnie samodzielne. Ale u części z tych dzieci pomiary poziomu hormonu stresu oraz temperatury ciała wskazywały, że ich organizm jest pod działaniem znaczne większego stresu niż u tych dzieci, po których widać było zaniepokojenie. Co więcej, gdy ich rodzice wracali, te szczególnie odważne dzieci gorzej radziły sobie z redukcją stresu. Nie chciały się przytulać, były obrażone, niektóre nawet biły i odpychały powracającego rodzica. Badania poziomu hormonów stresu pokazały, że te dzieci jeszcze długo pozostawały pod jego wpływem. Ustalono, że łączyła je z opiekunami więź w jakiś sposób zaburzona. Te, które łączyła z opiekunem bezpieczna więź, po powrocie opiekuna zwykle przytulały się do niego, a podwyższone wskaźniki stresu natychmiast wracały do normy.

 

Kiedy właściwie więź jest bezpieczna?
Gdy opiekun szybko i zawsze jednakowo reaguje na potrzeby dziecka (a pamięć noworodka jest w tych kwestiach krótka, obliczona na sekundy). Gdy nie jest zmienny w swoich zachowaniach względem dziecka. Mary Ainsworth, pionierka badań nad zagadnieniami więzi, zgrupowała te zachowania w trzy zespoły: rodzicielską wrażliwość, gotowość do współpracy z dzieckiem i akceptowanie go takim, jakie jest. Więzi nieprawidłowe nawiązują się wówczas, gdy opiekun jest w swoich zachowaniach bardzo niekonsekwentny albo wręcz ignoruje i zaniedbuje dziecko. Ale też gdy nie oferuje mu bliskości i oparcia.

 

Są w tej kwestii jakieś różnice między płciami? Na przykład, że dziewczynki bardziej potrzebują bliskości?
Z naukowego punktu widzenia potrzeby bez względu na płeć są dokładnie takie same. Jednak już kilkumiesięczne maluchy starają się dostosować do oczekiwań opiekunów i doskonale diagnozują, jakie są te oczekiwania. I jeśli wymaga się od nich szczególnej dzielności, będą starały się sprostać. Więc może pod tym względem chłopcy są w gorszej sytuacji, bo płacą wyższą cenę za poglądy wychowawcze rodziców.

 

żródło: Polityka.pl, rozmawiała Martyna Bunda